To już rok jak się leczę. Postanowiłam więc zrobić małe resume z moich postępów. Niestety stwierdzam że trzy do przodu dwa do tyłu. Ale jednak jakiś postęp jest :)
Przede wszystkim znalazłam sobie w końcu docelowego lekarza. Jest to endokrynolog-ginekolog i wydaje się przytomnym facetem. Poza tym biorę sobie grzecznie eutyrox. Cały czas tę samą dawkę i pan doktor jest zadowolony z poziomu moich tarczycowych hormonów, choć niestety tarczyca jak się okazuje trochę zdążyła rozwalić mój układ hormonalny. Mam hiperprolaktynemię czynnościową. Z polskiego na nasze? Duże skoki prolaktyny przy pod wpływem bodźca. Jaki to bodziec? Sex (nie zrezygnuję), stres (nie umiem wyeliminować), sen (ekhm). A jakie skutki? Na przykład stanowcze skrócenie cyklu, co doprowadza mnie do szału :) Ewentualna bezpłodność jest tu w moim przypadku raczej bonusem niż zmartwieniem.
Co robię żeby przeżyć? Przede wszystkim pogodziłam się z faktem że depresję jednak mam i że nie poradzę sobie z nią sama. Poszłam więc do Pana doktora i grzecznie łykam sobie raz dziennie proszeczka, który mam mi założyć na oczy różowe okulary i przekonać mnie do koncepcji że świat jest piękny, ptaszyny śpiewają, a je jestem ósmym cudem świata. Na razie ze średnim powodzeniem. Horyzont czasowy łykania proszeczka to rok :(
Przy okazji wizyty u internistki bardzo fajnej kobitki z powodów prozaiczno-przeziębieniowych dowiedziałam się co następuje: Stres jest wpisany w nasze obecne życie, a długotrwały stres u ludzi wrażliwych (ekhm czyli mnie) powoduje lub pogłębia depresję. Aby odreagować stres należy codziennie zażywać ruchu. Ale też nie byle jakiego. Ruch ten ma sprawiać przyjemność (jaki to w moim przypadku?). A w sobotę proszę państwa idziemy na długi spacer do lasu bo las wyciąga stres.
Dostosowałm się do powyższych zaleceń i codziennie męczę się na takiej oto machinie tortur:
![]() |
Żródło: tablica.pl |
Poza tym cały czas walczę z obrzękami i nadwagą. Ze średnim skutkiem. Efekt jest taki, że choć przestałam przybierać na wadze w postępie geometrycznym, to obecnie moja waga waha się bez przerwy w górę lub w dół o jakieś 6 kilo :(
Poza tym zaczyna mnie wkurzać ilość leków i zabiegów leczniczo-profilaktycznych jakie muszę przy sobie wykonywać.
Codziennie łykam garść chemii jest to:
eutyrox - oczywiście
proszeczek-różowe okulary,
diosminex - na krążenie,
vit.D - suplementacja,
vit. C - jak wyżej,
magnez - jak wyżej,
potas - jak wyżej,
furosemid - na obrzęki.
Cała wielka garść prochów w dodatku łykana w odpowiednich porach dnia. Do tego codziennie 3 łyżki oleju lnianego (skórę mam za to jak pupcia niemowlęcia i rzadko choruję) i dwa razy dziennie po łyżce błonnika (wspomaganie jelitek).
Siedzimy razem z mamą rano i ona ma swoją garść proszeczków a ja swoją. Bardzo się zbliżyłyśmy hehe.
W obliczu powyższej sytuacji staram się pozwalać sobie na małe przyjemności i dbam o siebie. Całkowicie zmieniłam styl ubierania się. Wyszukiwanie ubrań w których wyglądam dobrze pomimo mojej tuszy i które są niebanalne sprawia mi wielką frajdę. Może napiszę o tym szerzej innym razem. Poza ty zaczęłam już sezon balkonowy. Tylko pogoda niestety nie pozwala mi jeszcze zbyt często delektować się moją miejską zielenią. No i jak widać na powyższym poście odzyskuję powoli giętkość pióra, które na jakiś czas trochę mi zesztywniało ;)
Pozdrawiam wszystkich tuzaglądaczy. Hashimotki i Hashimoci nie dajmy się japończykowi. W końcu życie jest takie krótkie. Nie warto go marnować na chorowanie :))))